Zerwałem z tym, co przeszkadza mi wierzyć 

w prawdę i fałsz, kłamstwo i grzech.
Zerwałem z tym niepotrzebnym snem,
z tym co wzięło mnie. Z niepotrzebnym snem.

Wybacz Boże, dotknij mnie dłonią swą.
Tuż za mną cień, jak odnaleźć się.
Chcę pogadać znów, cholernie zino tym
którzy wędrują sami.
W sercach mróz, słychać ludzi wokół,
gdzieś w ciemności światło...
Boże spraw, bym zobaczyć mógł
jakiś znak,
zobaczyć mógł
jakiś znak.

Zerwałem z tym co przeszkadza mi wierzyć
w prawdę i fałsz, zerwałem z tym.

Wybacz Boże, dotknij mnie dłonią swą...


Pada deszcz, miliony srebrnych łez: 

popatrz, to tylko deszcz.
Kiwasz głową lecz oczy mokre.
Co stało się? Tyle smutku w nas.

Matka raz na rok ma ochotę tu przyjść.
Nawet nie wiesz kim, kim ojciec był.
Wyrzucili cię jak niepotrzebną rzecz
i czujesz się jak nieproszony gość.

Pada deszcz, miliony srebrnych łez,
gładkie słowa nie przyniosą ulgi
ale popatrz, proszę spójrz:
przestaje padać, uśmiechnij się, uśmiechnij się.

Matka raz na rok ma odwagę tu przyjść...